[139.] “Jestę blogerę kulinarnym”, czyli zobacz jak robię kanapki…

No dobra, to gdzie byłaś, jak Cię nie było?
Odpowiedzi mogłabym udzielić kilka: w pracy, na uczelni, w domu rodzinnym, a nawet w Norwegii. Wszystkie są prawdziwe, jednak to nie one zadecydowały o mojej nieobecności. Tak naprawdę, ze zdumieniem przecieram oczy, że nie było mnie tu tylko (sic!) miesiąc. Mam wrażenie, że minęła wieczność, a przynajmniej kwartał…

Daj suba…

Skoro mamy już jasność, co nie wpłynęło na tę ciszę, pora skupić się rzeczywistych powodach. Przede wszystkim, w dobie popularności YouTube i treści wideo, zaczęłam się zastanawiać, czy słowo  pisane – blog – ma jeszcze rację bytu? Czy rzeczywiście wciąż są osoby, które podejmą wysiłek przeczytania tekstu dłuższego niż nagłówek lub opis filmu?
Im dłużej przyglądam się światu dookoła, tym większe są moje wątpliwości. Mamy coraz większą trudność aby skupić uwagę na więcej niż kilka minut. Nawet w przypadku wideo, najchętniej oglądamy nagrania do 2 min!

Jestę blogerę kulinarnym, czyli zobacz jak robię kanapki…

Postanowiłam, zagrać z Wami w otwarte karty, dlatego chcę poruszyć kolejny temat, o którym nigdy wcześniej tutaj nie wspominałam. Jest on jednak głównym powodem, dla którego coraz rzadziej zamieszczałam kolejne wpisy, aż w końcu zamilkłam na dobre.

Zacznę przewrotnie: Którzy blogerzy kulinarni są dla Was największą inspiracją? Marta Dymek z Jadłonomii, Eryk Wachowicz – erVegan, Maia Sobczyk z Qmam kasze, Daria Ładocha z Mamałyga? A może jeszcze ktoś inny?
W Internecie są dziesiątki świetnych blogerów (chociaż lepszym słowem byłoby: kucharzy, którzy prowadzą warsztaty kulinarne i wydają książki) oraz miliony genialnych pomysłów na każdą porę dnia.

Często przeglądając strony m.in. wymienionych powyżej autorów, zastanawiam się jak oni w ogóle wpadli na tak pyszne i nietuzinkowe kompozycje smaków? Brownie z fasoli czy pizza z kalafiora nie robią już na nikim wrażenia. Teraz przyszła pora na domowe kim chi i nuggetsy z ciecierzycy. Ci ludzi żyją gotowaniem i świetni im to wychodzi.

Czy w tej sytuacji, moje ograniczone pod wieloma względami, kulinarne poczynania, są w stanie kogokolwiek zainteresować?  Ze względu na zdrowie, lista produktów, które mogę jeść, na przestrzeni lat, uległa znacznemu skróceniu. Dlatego też zazwyczaj korzystam z kilku prostych i sprawdzonych opcji.
I tak dotarliśmy do sedna. Czy Internet potrzebuje kolejnego bloga o jedzeniu? Myślę, że odpowiedź nasuwa się sama.

Skoro choć nie wszystko, ale większość została już powiedziana, zostaje ostatnia kwestia: To co Ty tu robisz dziewczynko? Dziękuję, doskonałe pytanie. Po pierwsze, primo: częste pytania znajomych o stronę, a nawet życzenie “zmacznego” przy stole, wpędziły mnie w wyrzuty sumienia.  A po drugie, primo: stęskniłam się. Włożyłam w to miejsce sporo pracy i serca, dlatego nie potrafię ot tak o nim zapomnieć.


Myślę, że moja polonistka byłaby ze mnie naprawdę dumna. Udało mi się stworzyć całkiem zwięzły tekst, który składa się ze wstępu, rozwinięcia i zakończenia. Brakuje w nim jednak jeszcze jednego elementu – wniosków. Jeśli dotrwaliście do końca tych wywodów, prawdopodobnie pojawiło się w Waszych głowach pytanie: “To co dalej?”.
Zupełnie szczerze, mogę tylko powiedzieć: czas pokaże. Na pewno będzie to mój dziennik; miejsce na spisanie przemyśleń, wspomnień, ale również przepisów – jeśli przygotuję coś, co będzie warte zapamiętania.

Tymczasem zakasam rękawy i zabieram się za porządki w moim nieuporządkowanym świecie.. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *