[138.] Maciej Orłoś – z ekranu do kuchni cz.2

Nim na dobre zabierzecie się za przygotowania do Świąt, mam dla Was ciąg dalszy wywiadu z Panem Maciejem Orłosiem. Tych którzy nieopacznie przeoczyli pierwszą część rozmowy, odsyłam tutaj. Natomiast reszty nie trzymam dłużej w niepewności, bo już za chwilę prawda o telewizyjnej kuchni – wyjdzie na jaw!

Zaglądam do znanych talerzy – Maciej Orłoś cz. 2

Teraz nadszedł moment, żeby zadać moje ulubione pytanie. Jada Pan jajecznicę?
Tak.
Powinna być ścięta czy rzadka?
Mogę powiedzieć jaką ja robię, bo uważam, że akurat w tym jestem dobry. Tak jak w ogóle nie potrafię gotować, to jednak jajecznicę przygotowuję naprawdę doskonałą. Nie może być zbyt ścięta. Powinna mieć taką lżejszą konsystencję.
Jaki jest więc sekret doskonałej jajecznicy?
Dodatki nie są tak istotne. Przede wszystkim należy bardzo rozgrzać patelnię i wrzucić masło. Ono natychmiast się rozpuści i zacznie skwierczeć. Następnie wbijamy jajka. Chwilę czekamy, aby trochę, ale nie za bardzo, poszły w stronę sadzonych. Wtedy trzeba je rozbełtać, dosłownie moment i przekładamy na talerz.
A sól i pieprz?
Oczywiście można w międzyczasie. W całym tym procesie, decydują przede wszystkim niuanse. Chwila nieuwagi, kilkanaście sekund dłużej i to już nie będzie to.
Widzę, że mamy do czynienia z wyższą filozofią (śmiech). Dlatego właśnie lubię zadawać to pytanie. Niepozorna jajecznica, a tyle można o niej powiedzieć.

Gdyby dowolna osoba na świecie mogłaby dla Pana coś ugotować, kto by to był i co mógłby przygotować?
Wow, mógłbym na przykład powiedzieć, że szef kuchni słynnej restauracji Noma (przyp. wyróżniona dwiema gwiazdkami restauracja w Kopenhadze, prowadzona przez Rene Redzepiego), albo najlepszy kucharz w Hong Kongu, który przygotowałby mi jakąś chińszczyznę. Trudno znaleźć w Polsce dobrą chińską kuchnię.
Rzeczywiście kiedy byłam w Hong Kongu, w byle knajpce można było za ok. 15 HKD (przyp. 1 dolar hongkoński-ok. 0,51zł) zjeść naprawdę dobre danie. Polecam – Małgorzata Zmaczyńska (śmiech).
Chętnie kiedyś sprawdzę, ale gdyby Jamie Oliver coś dla mnie ugotował, też bym się nie pogniewał (śmiech), albo Modest Amaro.
Dotrzemy do niego i załatwimy. (śmiech)

Wróćmy na chwilę do czasów, kiedy pracował Pan w Telewizji Polskiej. Ciekawa jestem jak wyglądała kwestia bufetu? Bo z mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że w Polskim Radiu, szału nie było.
Kiedy pracowałem w TVP, w centrum Warszawy, bez problemu – zawsze można było wyskoczyć do miasta, gdzie oferty lunchowe są bardzo atrakcyjne. Natomiast z bufetami zawsze był kłopot i myślę, że nie tylko w telewizji. Nigdy nie byłem w nim częstym bywalcem i wolałem wyskoczyć do greckiej knajpy vis-a-vis.

Co Pana zdaniem jest najlepszego w Polskiej kuchni?
To, co mi pierwsze przychodzi do głowy, to karp. Bardzo go lubię, podobnie jak inne ryby, np. nad morzem jakaś smażona flądra –chociaż  smażone to nie zdrowe, ale od czasu do czasu można. Oprócz tego dorsz, sandacz czy okoń na Mazurach..
A właśnie, Pan często jeździ w te rejony. Wędkuje tam Pan?
Kiedyś tak, jednak obecnie nie łowię. Nie jestem wędkarzem. Może jeszcze do tego wrócę, ale teraz nie mam czasu.
W Warszawie też jest trudno..
Właśnie (śmiech), ale i tak nie kojarzę, żebym jadł złowione przez siebie ryby. Zazwyczaj się je wypuszczało. Trafiłem kiedyś do miejsca, w którym podaje się kilkadziesiąt rodzajów potraw z pstrąga. Niestety nie pamiętam, w którym regionie to było.
Myślę, że mamy w Polsce masę miejsc, gdzie można zjeść dobrą rybę. Oczywiście czasem fajne jest zjeść klasykę, czyli schabowy, ziemniaczki i buraczki. Pamiętam jak kiedyś trafiłem na taki schabowy wielkości Wiener Schnitzel. To było przypadkowe miejsce, gdzieś pod Łodzią. Do tej pory go pamiętam – po prostu mnie oszołomił.

Kiedy zapytałam, co mogę dla Pana przygotować, chętnie wybrał Pan opcję wytrawną. Co jednak lubi Pan ze słodyczy?
Znowu to trochę zależy. Mógłbym powiedzieć, że lubię sernik, ale pytanie: jaki to jest sernik? Niestety wiele rzeczy da się zepsuć. Może być np. za suchy, za mało lub za bardzo słodki. Ja najbardziej lubię sery o konsystencji nie zbyt twardej, ale też nie za miękkiej. Nie wiem jak to dokładnie zdefiniować, ale wówczas jest to mistrzostwo świata i nie ważne czy są w nim bakalie, czy też nie.
To samo dotyczy szarlotki (nie przepadam za wersją z lodami) oraz makowca.

Czyli głównie klasyczne desery?
Tak, ale zdarza mi się zjeść tiramisu lub creme brulee – odpowiednio zrobione, również jest mistrzostwem świata!

Na koniec mam dla Was przepis na babeczki, które przygotowałam dla Pana Maćka. Mój gość zjadł trzy, mogę więc przypuszczać, że dały radę 🙂

Babeczki z wnętrzem

150g kaszy jaglanej
1 jajko
2 garści szpinaku
1/2 tofu z bazylią
1 mała marchewka
1 łyżka oliwy
2 łyżka sosu sojowego
1 ząbek czosnku
1 łyżeczka tymianku
świeżo mielony pieprz

1.Ugotowałam kaszę jaglaną i odstawiłam do ostygnięcia.
2. Na patelni rozgrzałam oliwę i podsmażyłam czosnek. Dodałam pokrojone w kostkę tofu i lekko poszatkowany szpinak. Doprawiłam pieprzem i tymiankiem. Smażyłam kilka minut.
3. Lekko ciepłą kaszę przełożyłam do blendera, dodałam jajko, sos sojowy i pół szklanki wody. Zmiksowałam do uzyskania gładkiej konsystencji.
4. Marchewkę obrałam we wstążki i wymieszałam z tofu oraz kaszą. Gotową masę przełożyłam do foremek. Piekłam ok. 45 min w 190stopniach*. Po wyciągnięciu z piekarnika, odstawiłam do ostygnięcia.

*Czas pieczenia zależy od tego jak duże są babeczki – im więcej czasu zajmie upieczenie ich w środku.


Zobacz również: Beata Pawlikowska od kuchni

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *